Kto nas nakarmi, jeśli rzucisz pracę? – zapytał mąż z troską.

Drzwi wejściowe zatrzasnęły się z hukiem i Anna wpadła do mieszkania niczym jesienny wiatr.

Jej kasztanowe włosy były potargane, wymykały się z zazwyczaj schludnego koka, a w brązowych oczach błyszczała determinacja.

Rzuciła swoją znoszoną skórzaną torebkę na stolik nocny, nawet nie patrząc, gdy zsunęła się na podłogę, i przebiegła obok męża, jakby go tam w ogóle nie było.

„Kto nas nakarmi, jeśli rzucisz pracę?” – zapytał zmartwiony mąż.

W kuchni chwyciła swój ulubiony niebieski kubek – prezent od mamy na parapetówkę – nalała do niego zimnej herbaty i wypiła jednym haustem.

Słowa Swietki z pracy wciąż krążyły jej po głowie, nie dawały spokoju: „Jaki jest twój mąż?”. To było proste pytanie, ale nie potrafiła na nie odpowiedzieć.

„Do diabła!” Trzasnęła kubkiem o stół. „Wystygło… Wszystko dookoła wystygło”.

Paweł, jak zwykle pochylony nad swoim zniszczonym laptopem, podniósł wzrok. W wieku trzydziestu dwóch lat wciąż zachował chłopięcy wygląd – potargane blond włosy, niebieskie oczy z figlarnym błyskiem i smukłe, muzykalne palce, które nieustannie szarpały rękaw jego swetra.

„Aniuta, co się stało? Z powrotem w pracy?” W jego głosie słychać było znajomą nonszalancję człowieka, który nigdy nie doświadczył codziennej harówki.

„W pracy?” Zaśmiała się krótko, nerwowo, co sprawiło, że Paweł poczuł ucisk w żołądku. „Nie, kochanie. W pracy wszystko w porządku. Grigoriewicza w końcu przywołano do porządku – akcjonariusze przyszli go obejrzeć. Ale w prawdziwym życiu…” Odwróciła się gwałtownie do męża, a jej delikatne rysy twarzy wyostrzyły się jeszcze bardziej. „Nie mogę już tego robić, Pash. Odchodzę od ciebie”.

Zerwał się na równe nogi, przewracając krzesło. Na ekranie laptopa ponownie pojawiła się strona z ofertami pracy – jak zwykle, tylko stanowiska kierownicze i zawody kreatywne.

  • Co? Jaki komar cię ugryzł? Mucha? Trzmiel? Co się dzieje? No dobra, chodź, pogadamy!

„Sześć lat gadania, Paszo!” Uniosła ręce do sufitu. Jej cienka obrączka ślubna zalśniła w świetle lampy – tak prosta i zwyczajna, jak ich życie rodzinne. „Przez sześć lat wszystko dźwigałam sama. Czynsz, zakupy, ubrania – wszystko na mnie. A ty…” Rozejrzała się po kuchni, gdzie na parapecie kurzyła się gitara, a na stole leżały porozrzucane nuty pokryte bazgrołami. „Wciąż szukasz pracy. Albo szef jest zły, albo zespół się myli, albo ty „nie jesteś swoim powołaniem”!”

Chwyciła czajnik, mocno wstawiła go na podstawkę i nacisnęła przycisk. Jej dłonie drżały z napięcia – długo tłumione emocje w końcu wybuchły.

Paweł milczał, bawiąc się rękawem swetra – nawyk, który wyrobił sobie jeszcze w konserwatorium, którego nigdy nie ukończył. „Nie chcę tracić czasu na muzykę pop” – oznajmił wtedy i odszedł, marząc o wielkiej karierze muzyka rockowego.

„Wyobraź sobie, że dziś przy obiedzie Swietka pyta: »Jaki jest twój mąż?«. A ja stoję bez słowa. Sześć lat razem, a ja nie mogę znaleźć ani jednego cholernego słowa!” Anna opadła na krzesło, roztargnionym ruchem wygładzając zagniecenia na formalnej sukience biurowej.

– Przystojny? Nie. Miły? Pewnie. Ale co z tej całej życzliwości, jeśli nie zapełnia lodówki?

Czajnik się wyłączył. Para unosiła się ku sufitowi niczym dusze ich niespełnionych nadziei. Na zewnątrz padał lekki deszcz – taki sam jak wieczorem, kiedy się spotkali.

„Mogę się zmienić” – powiedział cicho Paweł i po raz pierwszy od dłuższego czasu w jego głosie pojawiła się nowa nuta – strach przed stratą.

„Naprawdę?” Uśmiechnęła się gorzko, przypominając sobie, ile razy słyszała te słowa. „To udowodnij to. Idź do pracy. Dowolnej! Ładowacz, dostawca, taksówkarz, woźny – cokolwiek! Pozwól mi teraz zostać w domu, dobrze?”

„Kto nas nakarmi, jeśli rzucisz pracę?” – wyrzucił nagle mój mąż. Po chwili zdał sobie sprawę, że powiedział coś głupiego i pokręcił głową.

„No wiesz, nie rzucaj, ale ja też wrócę do pracy, okej” – nagle się wyprostował, prostując ramiona i przez chwilę wyglądał jak zdeterminowany facet, w którym kiedyś się zakochała. „Pójdę do twojej fabryki. Jeśli zatrudnią mnie jako robotnika, pójdę jako robotnik”.

Anna zamarła z kubkiem w dłoni, nie wierząc własnym uszom. Przez wszystkie lata małżeństwa to były pierwsze konkretne oświadczyny.

  • Serio? Naprawdę jesteś gotowy, żeby jechać do fabryki?
  • Oczywiście. Jutro pójdziemy załatwić papierkową robotę.

W jego oczach pojawił się szczególny błysk, taki, jaki zazwyczaj pojawiał się przed kolejną przygodą. Anna dobrze pamiętała to spojrzenie – takie samo, gdy próbował założyć zespół rockowy albo gdy nachodził go pomysł napisania muzyki do reklamy. Wszystkie te projekty niezmiennie kończyły się fiaskiem.

Poranek wstał pochmurny. Poszli razem do fabryki – po raz pierwszy w małżeństwie. Anna, w eleganckim szarym garniturze i wypolerowanych butach, wydawała się uosobieniem profesjonalizmu. Obok niej Paweł, w wyblakłych dżinsach i starej skórzanej kurtce, wyglądał jak nastolatek zabierany przez matkę do pierwszej pracy.

Dział kadr szybko załatwił sprawę – fabryka potrzebowała pracowników i Paweł został zatrudniony bez wahania. Siwowłosa pracownica działu kadr, wypełniająca dokumenty, tylko parsknęła śmiechem, zerkając na jego metrykę pracy, w której widniał jedyny wpis: „Artysta w miejskim parku kultury i rekreacji”.

Godzinę później stał w warsztacie, niezgrabnie poruszając się w nowiutkim kombinezonie, który był jak kaftan bezpieczeństwa. Ogromne pomieszczenie rozbrzmiewało odgłosem maszyn, a w powietrzu unosił się zapach oleju maszynowego i wiórów metalowych.

„No cóż, nowy” – poklepał go po ramieniu brygadzista Aleksander Pietrowicz, krępy mężczyzna o dobrodusznej twarzy i zrogowaciałych dłoniach – „witamy w nowym dniu pracy!”

Paweł rozejrzał się po warsztacie – brzęczące maszyny, biegający tam i z powrotem robotnicy, światło wpadające przez zakurzone okna pod sufitem… Coś w nim nagle się poruszyło i, zupełnie niespodziewanie dla wszystkich, zaczął śpiewać:

  • O, moja praca, moje życie fabryczne!

Robotnicy zatrzymali się, patrząc ze zdziwieniem na przybysza. Niektórzy uśmiechali się złośliwie, inni kręcili palcami przy skroniach. Ale Paweł, w pełnym rozkwicie, kontynuował, tańcząc między maszynami:

– No dalej, drużyno, dołączcie! „Pracuję w fabryce i nie boję się pracy!”

„Hej, człowieku” – zawołał do niego starszy operator maszyny z siwiejącymi skroniami – „lepiej stań przy maszynie. Przecież to nie sala koncertowa”.

Ale Paweł już dał się ponieść emocjom…

Chodząc po warsztacie, improwizował jedną po drugiej piosenki, na swój sposób przekształcając życie fabryczne w piosenkę:

„Oto moja kochana mała maszynka, jestem z tobą, a ty ze mną! Tylko mnie nie zawiedź, zadbaj o to, żeby części były sprawne!”

Niektórzy robotnicy chichotali, inni marszczyli brwi – praca stanęła w miejscu. Młody stażysta zaczął nawet śpiewać, ale brygadzista surowo go strofował i zamilkł.

„Towarzyszu śpiewaku” – Aleksander Pietrowicz w końcu nie mógł się powstrzymać od podrapania się po głowie – „może jednak powinniśmy wziąć się do pracy? Spóźnimy się…”

W tym momencie drzwi warsztatu otworzyły się z takim hukiem, że nawet maszyny zdawały się ucichnąć.

Grigorij, główny inżynier fabryki, pojawił się w progu. Był wysokim, szczupłym mężczyzną o wiecznie niezadowolonym wyrazie twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Na widok koncertu jego policzki natychmiast pokryły się rumieńcem.

„Co tu się dzieje?!” – zagrzmiał jego głos, przebijając się przez hałas maszyn. „Kto dał pozwolenie na przekształcenie tego warsztatu w filharmonię?”

„No cóż, mamy nowego gościa” – powiedział brygadzista, unosząc ręce i patrząc z irytacją na Pawła. „Kreatywny człowiek…”

Grigorycz powoli zwrócił się do awanturnika, wpatrując się w niego gniewnie: „Słuchaj, młodzieńcze. Zatrudnili cię tu do pracy, czy do prowadzenia programu rozrywkowego?”

„Chciałem tylko podnieść morale zespołu!” Paweł próbował się usprawiedliwić, ale jego uśmiech zniknął pod surowym spojrzeniem głównego inżyniera.

„Wynoś się stąd!” warknął Grigorij, powodując, że rdza spadła z najbliższej maszyny. „Nie chcę cię więcej widzieć! To nie „The Voice”, to zakład produkcyjny!”

Tego wieczoru Anna zastała męża w domu – siedział z gitarą, brzdąkał na strunach i mamrotał coś pod nosem. Na stole stała nietknięta filiżanka zimnej kawy, a w popielniczce tlił się zapomniany papieros.

„Jak minął twój pierwszy dzień w pracy?” – zapytała z nadzieją, choć i tak domyśliła się tego po jego wyrazie twarzy.

„Nie wyszło, Anyo” – powiedział, patrząc na nią z dziwną ulgą. „To nie moja bajka. Dusza domaga się kreatywności, a tam… Jest tylko taśma! Bezduszne, mechaniczne…”

„Twoja dusza tego żąda?” Jej głos zadrżał, a na policzkach pojawiły się czerwone plamy – pewny znak nadchodzącej burzy. „A czego domaga się moja dusza, czy kiedykolwiek o tym myślałaś? Może też chcę śpiewać! Albo malować! Albo podróżować po świecie! Ale jadę i pracuję, bo ktoś musi płacić rachunki!”

„Znajdę coś innego…” zaczął, ale urwał, widząc wyraz jej twarzy.

„Nie, Paszo. Już go nie znajdziesz. Przynajmniej nie ze mną” – opadła zmęczona na krzesło, mechanicznie prostując kosmyk włosów, który wypadł. „Wyjeżdżam. Na dobre”.

  • Anyuta…
  • Cicho bądź. Po prostu cicho. Wszystkie słowa zostały już powiedziane.

Tej samej nocy spakowała swoje rzeczy – ubrania, dokumenty, kilka zdjęć z ich szczęśliwej przeszłości. Upchnęła wszystko do dwóch walizek – niesamowite, jak sześć lat życia może zmieścić się w tak małej przestrzeni. Paweł siedział w kuchni, brzdąkając na gitarze – jak zawsze, gdy nie wiedział, co powiedzieć lub zrobić.

Trzy miesiące później spotkali się, aby sfinalizować rozwód. Szybko podpisali dokumenty bez zbędnych ceregieli. Anna zauważyła, że ​​wychudzony, z cieniami pod oczami.

„Pewnie się martwi” – ​​pomyślała, ale szybko się powstrzymała. Dość. To już nie było jej zmartwienie.

Minęło pięć lat. Anna przeprowadziła się do innego miasta, zrobiła karierę i zaczęła nowe życie. Teraz kierowała działem w dużej firmie, jeździła własnym samochodem i planowała wakacje w Europie.

Od wspólnych znajomych docierały do ​​nas czasem wieści o Pawle – ożenił się powtórnie, tym razem z jakąś malarką lub sztukatorką.

Mówią, że wciąż szuka siebie, podczas gdy jego żona pracuje w budownictwie. „Niektórzy ludzie nigdy się nie zmieniają” – pomyślała Anna, czytając kolejną wiadomość od starych przyjaciół.

Chwilami zastanawiała się, czy nie powinna była dać mu jeszcze jednej szansy? Może istniał sposób, żeby to naprawić? Ale potem pokręciła głową, przypominając sobie tamten dzień w fabryce. Nie, nie było sensu zmieniać kogoś, kto nie chce się zmienić.

Czasem, mijając parki, słyszała dźwięki gitary i przyspieszała kroku. Zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele niespełnionych nadziei.

A gdzieś w innym parku, inna dziewczyna zatrzymywała się, urzeczona pięknym głosem śpiewającym „My Darling”. Zatrzymywała się i zamierała, urzeczona piosenką i romantycznym wizerunkiem piosenkarki. I zaczynała się nowa historia – z tą samą fabułą, tylko z innymi postaciami.

Życie toczyło się dalej swoim torem. Paweł nadal szukał siebie, imając się dorywczych prac i występując w podziemnych przejściach.

Jego nowa żona, silna kobieta o zrogowaciałych dłoniach i praktycznym podejściu do życia, wróciła z budowy zmęczona, ale z wypłatą. Każdego wieczoru słuchała jego nowych piosenek i opowieści o nieudanych projektach, kiwała głową i gotowała obiad. Może kochała go właśnie takim – wiecznym marzycielem, niezdolnym do dorastania. A może po prostu nie chciała niczego zmieniać.

Anna nie wierzyła już w bajki. Życie nauczyło ją, że piękny głos i umiejętność roztapiania kobiecych serc śpiewem nie są najważniejszymi cechami mężczyzny. Teraz ceniła sobie inne cechy: rzetelność, odpowiedzialność, umiejętność nie tylko marzenia, ale i jego spełniania.

W jej nowym mieszkaniu nie było gitary, ale był duży telewizor plazmowy, modne meble i drogi ekspres do kawy. Rano piła świeżo parzoną kawę, czytała wiadomości biznesowe i snuła plany na przyszłość – realne plany, oparte nie na fantazji, lecz na precyzyjnych kalkulacjach.

I tylko od czasu do czasu, w szczególnie deszczowe wieczory, wyciągała z odległej szuflady starą fotografię. Przedstawiała młodego Pawła z gitarą, uśmiechającego się do obiektywu tym szczególnym uśmiechem, który kiedyś odmienił jej świat. Patrzyła na nią przez kilka minut, a potem odkładała. Przeszłość powinna pozostać przeszłością, bez względu na to, jak pięknie śpiewała.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *