„Powiedz mi szczerze, czy jestem utrapieniem?” Irina zatrzasnęła drzwiczki szafki tak mocno, że porcelana w środku zadrżała z przerażenia. „A może powinnam się wyłączyć, jak przysięgła, która nie wytrzymuje presji?”
„Irina, co to znowu za bzdury?” Maksym uniósł ręce, udając, że nie ma pojęcia, o czym mówią. Chociaż, szczerze mówiąc, zaczął rozumieć dopiero po roku od ślubu.
„Czy to ja jestem tą z Wołgą? To ona robi show każdego dnia! Dzisiaj na przykład pojawiła się z ciastem, którego, dzięki Bogu, nie da się znieść. Znów przesunęła kapcie przy drzwiach i oznajmiła, że w naszym domu jest „duch, okna całe poplamione”. Jest luty, Max! Luty, rozumiesz? Sople zwisają jak lodowe sztylety. Kto by się fatygował, żeby je umyć?”
„Mama się po prostu martwi…” mruknął, odwracając wzrok. „W ten sposób pokazuje, że jej zależy”.
— Zmartwienie? Jestem tak zmartwiona, że o mało się nie uduszę! Zwłaszcza po jej dzisiejszym pytaniu w kuchni: „Czy ty w ogóle planujesz mieć dzieci, mając takie dłonie?”. Boję się, że utonę w zlewie kuchennym od tego całego zmartwienia.
Maksym usiadł przy stole, wiercąc się, jakby siedział na mrowisku, a nie na stołku. Zatrzymał się na chwilę, po czym powiedział cicho, niemal z poczuciem winy:
„Martwi się, że się zgubiłem…”
— Ach-ach-ach, oczywiście! Ożeniłeś się i rozpłynąłeś w powietrzu. A przedtem kim byłeś? Supermanem?
„Nie bądź sarkastyczna, Irina. Wiesz, jakie problemy ma w głowie. Kobieta powinna być cicha, skromna i domowa…”
- Więc mężczyzna powinien słuchać matki, dopóki nie osiwieje, tak?
Nic nie powiedział. Przełknął ślinę i wpatrywał się w telefon jak tonący w koło ratunkowe.
Irina wytarła ręce ręcznikiem, zerwała klucze z haczyka i już w drzwiach powiedziała:
— Poszedłem do sklepu. Po „miękkość i skromność”. Może znajdę jakieś zniżki.
Na zewnątrz panowała lutowa szarość, chłód i ponuro. Taka pogoda, która doprowadza do rozpaczy nawet najbardziej zagorzałych sprzątaczy ulic. Irina szła szybko, celowo głośno chlapiąc w kałużach, jakby wylewała na asfalt całą urazę, która narastała w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Szczególnie świeża, od wczoraj – kiedy Elena Pietrowna (już nie „Mama Len”, teraz tylko z paszportem) oznajmiła całemu korytarzowi, że „kobieta, która nie umie smażyć kotletów, to nie żona, a nieporozumienie”.
Miałam przemożną ochotę zadzwonić do brata. Tylko po to, żeby usłyszeć głos normalnej osoby. Bez „kotletów”, „dziedzicznej klątwy męża” i obsesyjnych porad feng shui na temat patelni.
„Czemu się tak denerwujesz?” Głos Aleksieja, jak zawsze, był pogodny i optymistyczny. „Znowu pokłóciłeś się z rodziną?”
„Lyosza, to nie ja walczę. To mnie ciągną. Jak cielę na sznurze do działu mięsnego, a oni wskazują na mnie palcem: »Weź tę polędwicę, Irina. Z kością«. Wyobraź sobie, rozpoznała mnie wczoraj w sklepie i uznała, że ma prawo dyktować mi, jakie mięso wybrać.
- Poczekaj, czy ona teraz wprowadza się do ciebie?
„Nie. Gorzej. Przychodzi do nas teraz, jakby to był jej własny dom. Chociaż, jakimś okrutnym zrządzeniem losu, to tak naprawdę mój dom. I twój, nawiasem mówiąc.”
Aleksiej milczał. Potem wypuścił powietrze:
„Będę w Moskwie za trzy dni. W podróży służbowej. Zatrzymam się u ciebie. Mgliście pamiętam adres – wszystko wtedy rejestrowałeś na swoje nazwisko”.
„Nie tylko to sformalizowałem, musiałem to załatwić później. Bo nasz genialny prawnik, czyli ty, powiedział: »Po co brać kredyt hipoteczny za nas oboje, skoro i tak tam mieszkasz«. Pamiętasz?”
„Tak, pamiętam. I cieszę się, że tam mieszkasz. Ale przyjazd teściowej zdecydowanie nie był częścią moich planów”.
„Aha. Zaplanowałeś jasne i przytulne mieszkanie, w którym będę żył szczęśliwie sam. Cóż, cała ta sielanka legła w gruzach. Bo teraz rządzi tu królowa duszonych marchewek”.
Roześmiali się. Na głos. Bo dawno się nie śmiali. Śmiechem zabarwionym goryczą rozpaczy, ale przynajmniej bez posmaku kotletów.
Następnego dnia Maksym wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Wyglądał na zaniepokojonego, jakby sam dyrektor go wezwał. Irina, doskonale wiedząc, że w życiu Maksa dyrektorką była jego matka, natychmiast nabrała niepokoju.
„Dzisiaj dzwoniła mama” – powiedział, zatapiając się w krześle. „Powiedziała, że jest zdenerwowana. Powiedziała, że nie otworzyłeś jej drzwi, nie przywitałeś się z nią jak należy. A tak w ogóle… była kompletnie wściekła na twój styl życia”.
— Czy ona jest zadowolona ze swojego życia? Może powinnam zacząć ją pouczać?
- Nie ma potrzeby, Irina. To kobieta w pewnym wieku…
„Ma dopiero 58 lat!” Irina uderzyła pięścią w stół. „Jej manicure jest lepszy niż mój. A pamięć ma niesamowitą – pamięta, kto z kim się rozwiódł w 2001 roku i na jaki kolor pomalowane były ławki obok w 1983 roku. Nie jest stara, po prostu jest szalenie zajęta. Ze mną”.
„Dobra, nie kłóćmy się” – Maxim wstał. „Przyjdzie jutro. Powiedziała, że upiekła ciasto. Z mięsem. Dokładnie takie, jak lubisz”.
„Nie jadłem mięsa od zeszłego września, na wypadek gdybyś zapomniał. Mówiłem ci wtedy, na tym przyjęciu, pamiętasz? Zbagatelizowałeś to, mówiąc: »Jasne, jasne, Ira jest na swoim PP«, a potem potajemnie pożerałeś moje warzywne kebaby”.
„Po prostu… lubi, kiedy wszystko idzie jak zwykle. Kiedy jej syn je mięso, żona nosi spódnice, a w mieszkaniu unosi się delikatny zapach wybielacza”.
— To niech odeśle syna z powrotem do szóstej klasy, a mnie zastąpi Katya z księgowości — podobno ona nawet umie gotować barszcz z jajkami.
Maksym nie wytrzymał. Zerwał się gwałtownie.
— Dość! Robisz z tego wielką aferę. Mama chce tylko pomóc.
— To niech sobie sprawi kota. Albo domek letniskowy. Albo męża. Tylko nie mnie!
Wybiegł z mieszkania z hukiem. Irina została sama, w dźwięcznej ciszy, przerywanej jedynie niezadowolonym pomrukiem lodówki, przypominającym pomruki starego skazańca.
Następnego ranka Irinę obudził kuszący zapach ciasta. Intensywny, czosnkowy i boleśnie znajomy. Zapach z dzieciństwa, który zazwyczaj przynosił poczucie komfortu, ale teraz przyprawiał ją o mdłości.
W salonie, na sofie, jakby to było jej miejsce, siedziała Elena Pietrowna. Ubrana w swój charakterystyczny wełniany sweter, wyglądała, jakby przyjechała na planowaną inspekcję.
„Klucz zrobiłem wcześniej. To wygodne, prawda? Więc nie muszę cię niepotrzebnie niepokoić”.
„Tak, bardzo wygodnie” – mruknęła Irina, wkładając szlafrok. „Jak na poligonie wojskowym. Wejdź, sprawdź i wyjdź”.
„Wyglądasz na zmęczoną, Irina. Może powinnaś wziąć jakieś witaminy?”
— Może potrzebujesz antydepresanta?
„Och, stałeś się taki bystry. To dobrze. To znaczy, że masz charakter. Martwiłem się.”
„Nie ma potrzeby” – powiedziała Irina, otwierając okno na oścież. „Wszystko w porządku. Tylko ciężko się oddycha, gdy nagle w domu pojawia się obcy człowiek”.
„W twoim?” Elena Pietrowna zmrużyła oczy. „O ile pamiętam, Maksym spłacił kredyt hipoteczny za to mieszkanie”.
„Tak” – Irina spokojnie skinęła głową – „ale nie w tym przypadku. To było moje pierwsze mieszkanie, z moją pierwszą żoną. A to kupiliśmy z bratem”.
Elena Pietrowna zamarła. Jakby oblano ją lodowatą wodą. Potem wymusiła ironiczny uśmiech:
- Cóż, wszystko w twojej rodzinie jest jakoś zbyt skomplikowane.
„Nie martw się. Mój brat będzie tu za trzy dni i to rozpląta. Lubi, żeby tu był porządek”.
Wymknęła się z kuchni, zostawiając teściową samą z ciastem leżącym żałośnie na talerzu. Jej twarz wykrzywił dziwny grymas – przebijała w niej złość, zmieszana ze strachem i gorączkową próbą obliczenia czegoś w głowie.
Sobota, 10:42.
W kuchni unosił się gęsty aromat spalonych syrników, zmieszany z ostrym zapachem stłumionych nerwów. Irina rozpaczliwie starała się zachować pozory spokoju, ale syrniki zdradziecko czerniały jej przed oczami, jakby odzwierciedlając jej słabnącą cierpliwość.
„No przecież mówiłam” – znajomy głos rozległ się obłudnie zza drzwi, niczym dolewanie oliwy do ognia. „Patelnia ceramiczna jest dla dziewczyn z Instagrama, a nie do porządnego gotowania. Służy tylko do smażenia zdjęć, nie jedzenia”.
Jelena Pietrowna stała wyprostowana w drzwiach niczym prokurator, który przybył na niespodziewaną inspekcję, dźwigając nieporęczny worek warzyw, podejrzany worek strunowy z niejasną zawartością i twarz człowieka skazanego na ponowne uratowanie świata.
„Witaj, Eleno Pietrowna” – powiedziała Irina przez zaciśnięte zęby, czując, jak jej policzki rumienią się zdradziecko. „Chyba uzgodniliśmy, że przynajmniej zadzwonisz przed wizytą”.
„A gdybym zadzwonił, szybko byś wszystko pozamiatał, wypolerował okna, odkurzył strych i udawał niewiniątko. Nie, musisz być zaskoczony, żeby zobaczyć nagą prawdę o życiu”.
„Prawda życia jest taka, że wdzierasz się do mojego mieszkania bez zaproszenia. Albo do naszego, jeśli wolisz” – odparła Irina z lodowatym spokojem, nerwowo obracając przypieczony sernik.
Maksym, jak zawsze, rozpłynął się w powietrzu. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki: w chwili pojawienia się matki, zniknął jej mąż. To było tak, jakby w szafie czaił się portal do Narnii, do którego wskoczył z prędkością błyskawicy, byle tylko uniknąć nieuniknionej „kobiecej konfrontacji”.
„A gdzie jest ten twój facet?” Elena Pietrowna skinęła lekceważąco głową w stronę sypialni. „Może w pracy?”
— W łazience. Ocknęła się po tym, co zobaczyła.
— Co jeszcze widziałeś?
„Z kontemplacji kulinarnych arcydzieł” – urwała Irina sucho.
„Sama w ogóle próbowałaś tego świństwa? Upiekłam kilka ciast. Prawdziwych. Z wątróbką. Mężczyzna powinien jeść mięso, a nie to…” Wskazała na patelnię, gdzie syrniki praktycznie rozżarzyły się do czerwoności.
„Maxim w ogóle nie je wątróbki” – przerwała jej ostro Irina, rzucając patelnię na przeciwległy róg kuchenki. „Ma alergię”.
„On ma alergię na opiekę z twojego powodu” – mruknęła Elena Pietrowna, wyciągając pachnące ciastka z siatki. „Proszę, spróbuj tego. Przypomnisz sobie, jak powinna gotować prawdziwa żona”.
W tym momencie prawdziwa żona po cichu modliła się o rozwód albo, w najgorszym razie, o to, żeby meteoryt rozbił się prosto na tym nieszczęsnym kuchennym stole. Zamiast tego po prostu osunęła się na stołek i patrzyła tępo przez okno.
Posłuchaj, Eleno Pietrowna. Myślę, że trochę przesadzasz. Nie pojawiasz się bez zapowiedzi – zachowujesz się, jakbym była tu lokatorką. Jakby to nie był mój dom.
„A ty jesteś tu lokatorem” – głos Maksyma nagle zabrzmiał jak grom z jasnego nieba.
Stał w drzwiach, ociekając wodą, z ręcznikiem niedbale przewieszonym przez ramiona, niczym obrażony turecki sułtan w łaźni tureckiej. Spojrzał na nią z przerażeniem, jakby usłyszał więcej, niż powinien.
„Więc… co właśnie powiedziałeś?” zapytała powoli Irina, czując, jak stołek pod nią zamienia się w łoże igieł.
„Mam na myśli” – Maksym nerwowo podrapał się po głowie, unikając jej wzroku – „mieszkasz tu ze mną, a mieszkanie… no cóż…”
„Ona jest ALEXEYA!” – rozległ się głos zza drzwi wejściowych, niczym odgłos strzału.
Aleksiej wpadł triumfalnie do kuchni niczym emerytowany superbohater: w znoszonej skórzanej kurtce, z torbą na ramieniu i twarzą, na której wielkimi literami widniał napis: „Zabawa zaraz się zacznie”.
„Och, w samą porę” – Irina powoli wstała, starając się zachować resztki opanowania. „Proszę wyjaśnić, kto tu tymczasowo przebywa i gdzie”.
„Właśnie wysiadłem z taksówki” – Aleksiej machnął ręką, zrzucając buty i wchodząc do kuchni. „Cześć, Eleno Pietrowna. Cieszę się, że cię widzę, jak zawsze. Zwłaszcza, gdy wtrącasz się w cudze sprawy swoim podpisem: „Wiem, co najlepsze”.
„A ty, młodzieńcze, naucz się najpierw zachowywać przyzwoicie, a potem otwieraj usta w obecności starszych” – rzuciła mu teściowa piorunem.
„Właściwie jestem całkiem przyzwoity. Do tego stopnia, że płacę podatki, ścielę rano łóżko i… posiadam połowę tego mieszkania. A Irina jest właścicielką drugiej połowy. Mam przy sobie dokumenty, jeśli będę musiał je pokazać. Czy po prostu mi uwierzysz?”
Elena Pietrowna wyraźnie zbladła. Najwyraźniej perspektywa narzekania na „tymczasowy” status synowej w obcym kraju nie była zbyt kusząca.
- Więc… to ty dokonałeś tej transakcji w zeszłym roku?
— Tak, kupiłem. Kupiłem przez notariusza. Wszystko jest całkowicie legalne. Oto skan umowy. Możemy ją wydrukować.
„Maximie” – wyszeptała, nie spuszczając wzroku z syna. „Wiesz?”
„Myślałem… no cóż…” Bezradnie strzepnął ręcznik z głowy, wyglądając teraz jak uczeń przyłapany na gorącym uczynku, próbujący ukryć ściągawkę. „Myślałem, że to tymczasowe. No, do… do czasu, aż będziemy mieli własne…”
„Więc doskonale wiedziałeś, że mieszkasz na terenie posiadłości żony i jej brata. Ale jednocześnie z radością pozwoliłeś matce na dominację kosztem matki, zamieniając ją w dziewczynę na posyłki?” Głos Aleksieja był zimny jak lód.
Maksym nie powiedział ani słowa.
„Wszystko jasne” – Irina skinęła głową, próbując powstrzymać napływające łzy. „Mama tak powiedziała – milczałeś. Jesteśmy rodziną, prawda?”
— Po prostu nie chciałem konfliktu…
„A dostałam pełnoprawny spektakl w trzech aktach” – warknęła, ledwo powstrzymując drżenie głosu.
Elena Pietrowna nigdy nie siadała. Stała tam, wyprostowana, jakby miała nadzieję, że jeśli wystarczająco długo będzie patrzeć przez okno, magicznie teleportuje się do domu.
„Dobrze” – powiedziała w końcu, odzyskując resztki opanowania. „Skoro tak się to potoczyło… to naprawdę nie mam tu nic do roboty. Maxim, wracam do domu. Jak będziesz za mną tęsknił, wpadnij z wizytą. Ale bez tych… występów”.
„Żegnaj, Eleno Pietrowna” – powiedziała Irina wyraźnie, nie kryjąc sarkazmu. „Przyjdź do mnie kiedyś… w innym życiu”.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. A potem znowu zatrzasnęły – Maxim po cichu wymknął się za matką, nie racząc nawet spojrzeć na Irinę.
W kuchni zostały trzy osoby: Irina, Aleksiej i nieszczęsne spalone serniki.
„To wszystko jest po prostu okropne, oczywiście” – mruknął mój brat, próbując rozluźnić atmosferę. „Ale wiesz, syrniki są zaskakująco pyszne”.
„Teraz cię uduszę” – zachichotała Irina, ledwo powstrzymując histeryczny śmiech. „Ale trochę później”.
„Będę tu jakieś trzy tygodnie. Gdzie, twoim zdaniem, znajdę łóżeczko polowe?”
Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna, szczerze i bez udawania.
Trzy tygodnie później. Niedziela. 19:17.
Mieszkanie wypełniał pyszny aromat świeżo upieczonej pizzy, pikantnej bazylii i wolności. Aleksiej rozłożył się na sofie, nonszalancko naciskając lewą nogą przycisk odtwarzania na pilocie telewizora, a prawą z wprawą łuskając pestki słonecznika, rozrzucając je wokół siebie. Mieszkał u Iriny prawie miesiąc i choć początkowo była gotowa wyrzucić go trzeciego dnia, dwudziestego piątego zaczęła poważnie rozważać wprowadzenie go na stałe.
„Lyosha, czy potrafisz chociaż raz w życiu zrobić coś w tym domu, nie wchodząc do niego?” – zapytała Irina z uśmiechem, stawiając na stole dwa eleganckie kieliszki. „A może jesteś teraz tylko częścią wystroju?”
„Harmonijnie dopełniam wystrój” – powiedział pompatycznie, nadymając policzki. „Tworzę idealną równowagę między feng shui a moim ukochanym tyłkiem na kanapie”.
Irina nie mogła powstrzymać się od wybuchu śmiechu. Po raz pierwszy od dawna nie irytował jej kreatywny bałagan, kapcie niedbale rzucone na kaloryfer, ani nawet rażąca plama po keczupie na podłokietniku sofy. W mieszkaniu zdawało się panować ciepło – szczere, serdeczne i niewymuszone.
Odkąd Maxim odszedł, w domu zrobiło się… cicho. Nawet za cicho. Nigdy nie wrócił. Ani po jednym dniu, ani po dwóch. Tylko raz wysłał krótką wiadomość:
Daj mi trochę czasu. Nie wiem, czego chcę. Na razie zostanę z mamą.
Nie odpowiedziała. Nie dlatego, że nie wiedziała, co mu powiedzieć, ale dlatego, że wszystko już zostało powiedziane – w milczącym dystansie. Kiedy mężczyzna biegnie do matki, żeby „pomyśleć”, to nie jest chwilowa przerwa w związku. To napisy końcowe.
„Wyjeżdżam jutro” – powiedział nagle Aleksiej, wyrywając ją ze smutnych myśli. „Umowa jest ustalona na ten tydzień”.
„Jaka umowa?” Usiadła obok niego na sofie, patrząc na brata z zainteresowaniem.
— Sprzedaż mieszkania. Naszego starego. Tego, w którym dorastaliśmy. To wszystko. Koniec pewnej epoki.
— Jesteś pewien, że jesteś na to gotowy?
Skinął głową w milczeniu. Potem wstał, podszedł do plecaka leżącego w kącie pokoju i wyciągnął cienką teczkę z kilkoma papierami.
— Proszę. Czek. Połowa kwoty jest twoja. Zgodnie z umową.
- Lesha, ty…
„Nie jestem żadnym bohaterem. Po prostu zachowuję się jak dorosły. I najwyższy czas zacząć od nowa. Bez matek, bez teściowych, bez Maksyma”.
— A bez mężczyzn?
„Cóż… to kwestia szczęścia” – zaśmiał się cicho, wzruszając ramionami.
Irina spojrzała na czek, który trzymała w dłoniach. Nieskończona liczba zer na nim była jednocześnie przerażająca i urzekająca. To nie był zwykły kawałek papieru – to był symbol: nie tylko dostała pieniądze – odzyskała kontrolę. Nad swoim życiem. Nad sobą. Nad własną przyszłością.
Poniedziałek, 8:42 rano.
Maxim pojawił się w drzwiach, jakby nigdy stąd nie wychodził. W jednej ręce trzymał sfatygowaną walizkę, w drugiej ciasto krzywo przewiązane wstążką. Wyglądał na zdezorientowanego i żałosnego: w jego oczach wirowała dziwna mieszanina winy, nadziei i strachu.
„Cześć” – wyszeptał, jąkając się przy każdym słowie. „Ja… przemyślałem to. Mamo… no cóż, znasz ją. Zrozumiałem, że rujnuje wszystko wokół siebie. Chcę zacząć od nowa. Z tobą.”
Irina stała przy lustrze w korytarzu, kończąc poranny makijaż. Właśnie nałożyła tusz do rzęs i nonszalancko zawiązała jedwabny szal na szyi. Po raz pierwszy od dawna wyglądała, jakby szykowała się na randkę.
„Spóźniłeś się” – powiedziała cicho, ale stanowczo, nie odwracając się do niego.
„Co masz na myśli mówiąc późno? My…” Niezręcznie położył ciasto na podłodze. „Ja… ja chcę, żeby wszystko było jak dawniej”.
- A ja nie.
- Nie…
„Wiesz, ile razy mówiłeś mi »później«? »Później powiem mamie, potem kupimy własne mieszkanie i wszystko jakoś się ułoży«. Ale nigdy mnie nie wybrałeś. Wybrałeś swój komfort. I aprobatę mamy”.
Pozostał w milczeniu, ze spuszczoną głową.
„I jestem zmęczona byciem obcą we własnym domu. Zmęczona ciągłym szukaniem wymówek, znoszeniem różnych rzeczy, życiem w oczekiwaniu na to złudne „później”. Irina powoli skierowała się do drzwi, starając się mówić jak najspokojniej. „Idę do notariusza. Aleksiej sprzedaje nasze stare mieszkanie. A ja zaczynam nowe życie. Sama. Bez ciebie”.
„A co z tortem?” zapytał, patrząc na nią zdezorientowany.
— Zostaw to. Połóż to obok swojego sumienia.
Zdecydowanie wyszła z mieszkania, trzaskając za sobą drzwiami.
Poniedziałek, godzina 10:00. Przytulna kawiarnia niedaleko kancelarii notarialnej.
Irina siedziała przy oknie, delektując się aromatem świeżo zaparzonej kawy. Przed nią stało parujące cappuccino, a na stole leżała schludna teczka z dokumentami. Aleksiej, jak zwykle, spóźniał się. Przy sąsiednim stoliku jakaś para śmiała się beztrosko, a w kącie starsza kobieta grzebała w swojej bezdennej torebce, szukając okularów. Wszystko wokół niej wydawało się żywe. Prawdziwe. Nie „jak w filmie”. Po prostu znajome.
Nagle telefon leżący na stole zawibrował.
Otrzymałem wiadomość od Maxima: „Rozumiem wszystko. Życzę powodzenia. Przepraszam”.
Ona nie odpowiedziała.
„Wow” – Alexey wpadł do kawiarni zdyszany. „Nigdy nie uwierzysz, co mi się przydarzyło w drodze tutaj!”
— Tylko jeśli zostałbyś porwany przez kosmitów i zmuszony do podpisania jakiegoś rodzaju umowy niewolniczej.
„Praktycznie tak właśnie było” – zaśmiał się, poprawiając okulary. „Ale ostatecznie wszystko podpisałem. Pieniądze będą na twoim koncie za dwa dni”.
Irina wzięła głęboki łyk aromatycznej kawy. Potem kolejny. I nagle, zupełnie niespodziewanie dla siebie, wybuchnęła głośnym śmiechem.
„Co się stało?” zapytał zaskoczony Aleksiej, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami.
- I naprawdę jesteś najlepszym ze wszystkich mężczyzn, jacy pojawili się w moim życiu.
— Oczywiście! Bo nie jestem twoim mężem. I dzięki Bogu, nie mieszkam z tobą w tym samym mieszkaniu.
„Złote słowa!” wykrzyknęła. „I dzięki Bogu!”
Później. Wieczorem. W domu.
Stała przy oknie, patrząc na miasto spowite delikatną mżawką. W kuchni cicho bulgotał czajnik. W pokoju panowała domowa, spokojna atmosfera. Żadnej pretensjonalności. Żadnego napięcia nerwowego. I oczywiście żadnych przypalonych serników.
Jej nowe życie nie zaczęło się od ogłuszającego huku fajerwerków i głośnych salutów. Nie było porywającej miłości od pierwszego wejrzenia, a u jej drzwi nie pojawił się żaden bajkowy książę na białym koniu. Ale stało się to, co najważniejsze: udało jej się uciec.
Z wiru niekończącego się niepokoju. Z bolesnej zależności. Z narzuconych oczekiwań innych.
Do Twojego długo oczekiwanego świata.
Gdzie cisza nie jest już złowieszczym zagrożeniem.
A długo oczekiwana wolność wcale nie jest ponurą samotnością.
I w tej ciszy było wszystko.
Absolutnie wszystko, czego teraz potrzebowała do całkowitego i bezwarunkowego szczęścia.
Koniec.