„Myślisz, że to TWÓJ dom?!” Olga wyrwała klucze z rąk teściowej. „Jest tu tylko JEDNA gospodyni!”

„Ola, trzymaj się. Zadzwoniła do mnie kobieta z Petersburga, mieli podobną historię… Tylko jej teściowa wprowadziła się z psem”.

„Tylko się nie wściekaj, okej?” Peter zajrzał do kuchni niczym kot, który ukradł udko kurczaka i teraz czeka, aż ktoś będzie go gonił w kapciu.

Olga stała przy piecu, ubrana w szlafrok poplamiony sosem pomidorowym, z kosmykiem włosów wystającym spod gumki. W jednej ręce trzymała łyżkę, w drugiej pokrywkę od garnka. Pilaw skwierczał jak stare radio.

„Co znowu?” Nawet się nie odwróciła, ale w jej głosie słychać było gniewną ostrożność. „Powiem ci szczerze, Pietia, jeśli teraz powiesz mi, że znowu nie ma pieniędzy, garnek poleci na ciebie, a nie do zlewu”.

Piotr przełknął ślinę.

  • Zadzwoniła mama.

„O mój Boże…” Olga opuściła klapę i odwróciła się. „Czy to było „nie panikuj”? Czy przedstawiasz mi „mama dzwoniła” jako zagrożenie nuklearne?”

  • Ona… cóż… ona się przeprowadzi.

Cisza była tak gęsta, że ​​można by na niej powiesić ręcznik. Albo matkę Petera.

  • Gdzie? Biegnij. Piotrze.

Spuścił wzrok. Cofnął się o krok. Kolejny. Jego oczy błagały o litość.

„Dla nas” – wyszeptał.

Olga usiadła gwałtownie na stołku, jakby nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

„A może po prostu mnie przytulisz od razu? Powiedzmy to wprost – teraz we troje. Ty, ja i twoja ukochana mama. Zaraz powiesimy nad łóżkiem zdjęcie ślubne: Ola pośrodku, otoczona dwoma grabarzami rodzinnego pocieszenia!”

„Oddała mieszkanie Denisowi” – ​​mruknął Peter – „a on się żeni… są ​​młodzi, potrzebują gdzieś mieszkać”.

„A co z nami? Z pensjonatem Rassvet dla porzuconych matek? Powiedziałeś jej wprost: »Mamo, chodź, będę spał u stóp żony, żebyś czuła się komfortowo«?”

„No wiesz, ona jest taka…” zaczął, ale zamilkł pod jej spojrzeniem.

Olga zerwała się na równe nogi i zaczęła chodzić w kółko po kuchni, niczym tygrysica w klatce.

— A tak przy okazji, co ci powiedziała? Jak przedstawiła swoje „rozwiązanie”?

Piotr zawahał się.

„Powiedziała, że ​​skoro Denis potrzebuje pomocy, przepisała mu mieszkanie. I że zostanie z nami na jakiś czas. Dopóki on »nie uporządkuje spraw«”.

„Ha!” Olga usiadła z powrotem i uderzyła dłonią w stół. „Oto złote słowo „tymczasowo”! Ile razy je słyszałam. „Zostanę z tobą na chwilę, Oleńko, nie krępuj się!” – a potem jej zęby są w łazience, kapcie w kuchni, szmaty w salonie. Nie wprowadza się do nas na stałe – przenosi nas z 86 roku do mieszkania komunalnego”.

Piotr podniósł ręce, jakby się poddał.

— Nie wiedziałem! Sam jestem w szoku!

„Nie jesteś zszokowana, Pietia. Jesteś oszołomiona. Nigdy nie wiesz, dopóki nie pojawi się w drzwiach z trzema torbami, doniczką i sadzonkami fikusa. Zawsze myślisz sobie: «Mama tak powiedziała, więc to musi być święte»”.

Przez chwilę milczała, ściskając obrus palcami.

Powiem ci tak. Jeśli się tu wprowadzi, odejdę. Mieszkanie. I małżeństwo.

Piotr zbladł.

  • Dlaczego tak nagle?

„Bo to już się zdarzało, Piotrze. Kiedy przyjechała „na weekend” i została półtora miesiąca. Kiedy zbeształa mnie za przypalone kotlety, chociaż wiedziała tylko, jak włączyć czajnik. Kiedy prowadziła z tobą „szczere rozmowy” w sypialni, a ja słuchałem w salonie, jak mówiła, że ​​„ciągnę cię w dół”. Nie pamiętasz?”

Milczał. Przetarł szkła okularów krawędzią koszulki. Wiedział, że nie ma sensu rozmawiać.

„A wiesz, co jest najzabawniejsze?” – kontynuowała Olga. „Nie mam nic przeciwko pomaganiu. Nie jestem czarownicą. Ale to powinna być pomoc, a nie samobójstwo życia rodzinnego. A twoja matka… ona nie przyjdzie z wizytą. Wróci do macicy. Do twojego”.

Zadzwonił interkom.

Olga zamarła. Piotr powoli podszedł. Spojrzał na nią. Podniósł telefon do ucha.

  • Tak?

„Pietia, otwórz. Mam walizki. Tylko dwie, reszta zostanie dostarczona później”.

Olga nie krzyknęła. Po prostu wstała. Wyjęła butelkę wody z lodówki. Upiła łyk. Odwróciła się do męża:

  • Jeśli teraz naciśniesz przycisk, zacznę pakować walizki.

Piotr zamarł, jakby dotarł do ślepego zaułka w partii szachów, gdzie dwa ruchy prowadzą do mata.

„No to otwórz, nie wyrzucę jej na ulicę” – powiedział cicho.

„Wtedy mnie zostawisz. Dokonaj wyboru, Pietia. Już teraz. Albo matka, albo żona.”

Fajka w jego dłoni trzeszczała z napięcia.

Z ulicy słychać było głos Galiny Wiktorownej:

— Pietia? Głuchy jesteś? Otwórz, kochanie. Plecy mi już odpadają!

Olga spojrzała na niego bez mrugnięcia okiem, a na jej twarzy malował się wyraz martwego milczenia.

Piotr nacisnął przycisk interkomu.

Olga odstawiła butelkę, wyszła z kuchni i zamknęła za sobą drzwi sypialni.

W korytarzu rozległ się tupot obcasów. Drzwi zaskrzypiały radośnie. W powietrzu unosił się zapach naftaliny, skórki kurczaka i czegoś urzekająco słodkiego, niczym stare perfumy.

Kiedy Olga weszła następnego ranka do kuchni, Galina Wiktorowna już tam była. Miała na sobie szlafrok z różami, podkolanówki i kurczowo trzymała się kurczowo gospodyni domowej, której od dawna nie powiedziano „nie wtrącaj się”.

„Oleczko, dzień dobry” – głos był lepki, jak kapanie dżemu na słoik.

„Dobry poranek to taki, kiedy człowiek budzi się we własnym mieszkaniu” – mruknęła Olga, nie patrząc na nią.

„No, daj spokój, jestem tu tylko na chwilę”. Galina Wiktorowna odwróciła się od pieca z patelnią w dłoni. „Denis i Lenoczka są młodzi, potrzebują przewagi. A ja się wpasuję. W końcu jesteśmy rodziną”.

Olga siedziała przy stole, zaciskając palce. W milczeniu. Tylko jej powieki drżały z napięcia.

Tego ranka mój syn Peter zniknął z kuchni jak mysz z zapalonym światłem. Gdzieś w łazience mył zęby do siódmej warstwy szkliwa, żeby go nie było słychać.

„Usmażyłam to tutaj” – kontynuowała radośnie teściowa – „bez oleju, trzeba dbać o żołądek. Opowiedziała mi o tym Petenka”.

— Naprawdę? A co jeszcze powiedziała mi Petenka? Że jestem wściekła, bo jesteśmy we troje w dwupokojowym mieszkaniu?

Galina Wiktorowna udawała, że ​​nie słyszy. Robiła to jednak zawsze, gdy rozmowa nie była już dla niej wygodna.

  • Oleńko, wczoraj wszystko umyłam. Półki, kuchenkę, wannę. Straszne, jak u ciebie jest tak bałagan…

„A ty masz życie osobiste. Ja bym wszystko prała tak samo, gdybym nie pracowała dziesięć godzin dziennie”.

„Praca przychodzi z czasem. A czysty dom to oznaka charakteru” – zażartowała Galina.

Olga wstała. Powoli. Przyjrzała się teściowej.

  • Jeśli powiesz to jeszcze raz, twój temperament wyleci w powietrze.

W kuchni zrobiło się zimno. Nawet czajnik zamilkł, nie śmiejąc zagotować wody.

Peter pojawił się godzinę później. Próbował zażartować:

„Och, dwie kochane kobiety – i żadna z nich się nie odzywa. Co za poranek!”

„Powiedz mi” – Olga zwróciła się do niego. „Kiedy miałeś mi powiedzieć, że zostaje na miesiąc?”

— Ja… no… tak właśnie powiedziała. Wczoraj. Już wieczorem. Myślałam, że… dojdziecie do porozumienia.

„My? Zgadzamy się?” – Olga się zaśmiała. „Myślisz też, że możesz się ze mną „zgodzić”? Tak. Jak z urzędem skarbowym”.

Galina Wiktorowna, siedząca z tyłu, nagle wtrąciła:

„Pietienko, synu, twoja sofa jest stara. Bolą mnie plecy. Może powinniśmy przenieść łóżko z twojej sypialni do salonu, a sofę tam? Przecież i tak jesteś młody, nieważne gdzie…”

„Mamo” – Peter uniósł rękę, jak w szkole. „Przestań. Nie”.

Olga odwróciła się gwałtownie.

  • Och. Potrafisz powiedzieć „nie”? Myślałam, że twoje usta są tylko do „Mamo, oczywiście!”

Teściowa rozłożyła ręce.

„No, patrz, jaki jesteś pokręcony. Robię wszystko dla ciebie, dla rodziny…”

„Co to za rodzina, do cholery, skoro po prostu przychodzicie tu ze swoimi rzeczami bez pytania? Bez pytania. Bez konsultacji. Jakbyśmy to byli w akademiku, a nie w domu!”

„Tak, „nasze”. Nawiasem mówiąc, wszystko jest zarejestrowane na Pietię” – mruknęła Galina.

A potem wszystko eksplodowało.

„Dlaczego to powiedziałaś?” Olga zwróciła się do Piotra, nawet nie patrząc na teściową. „Powiedz mi: obiecałeś jej coś w spadku? Czy sama już się tu osiedliła?”

„Nie!” Peter machnął rękami. „Niczego nie obiecywałem! Tylko… ona…”

„…po prostu nie masz kręgosłupa”. Głos Olgi stał się zimny. „Jesteś jak szmata, Pietia. Szmata między dwiema kałużami: mamy i moją”.

Galina Wiktorowna wstała, głośno przesuwając krzesło.

„Wiesz co, nie pisałam się na takie chamstwo. Jestem matką! A ty, Ola, jesteś jak wilczyca. Ciągle się wściekasz. Może powinnaś pójść do psychologa?”

„Lepiej iść do prawnika” – powiedziała ostro Olga. „A jeszcze lepiej, do pośrednika w obrocie nieruchomościami. To nie sanatorium”.

Piotr nagle krzyknął:

— Dość już, wy dwoje! Ja tu jestem między dwoma ogniami, a wy walczycie jak targowe ogiery!

„Nie „pomiędzy”. Długo byłaś po jednej albo drugiej stronie. Po prostu zamroziłaś sobie jaja”. Olga pobiegła do szafy i wyciągnęła torbę. „Dość. Wyprowadzam się. A wy dwie możecie tu mieszkać, tak jak chciałyście. Możecie oglądać telewizję z mamą, przytulać się i pozwolić jej leczyć wasze migdałki rosołem”.

„Ola, zaczekaj…” Piotr pobiegł za nią.

„Za późno” – powiedziała, wrzucając już bieliznę i koszulki do torby. „Nie jestem prostytutką, żeby żyć na warunkach, które mi nie odpowiadają”.

Galina Wiktorowna podniosła ręce.

— Ależ ty masz język! To po prostu przerażające. Myślałam, że jesteście rodziną!

„Mylisz się” – Olga odwróciła się gwałtownie. „Wynajęłaś swoje mieszkanie „młodym ludziom”? Teraz musisz żyć z tym wyborem. Tylko nie na mojej posesji”.

Drzwi zatrzasnęły się z taką siłą, że z wazonu stojącego na szafce wypadła plastikowa pomarańcza.

Echo rozbrzmiewało na korytarzu.

Piotr stał na korytarzu, ubrany jedynie w kapcie, z oczami jak bity pies.

Galina Wiktorowna już wyjęła szmatkę, żeby nerwowo wytrzeć lustro.

  • No więc, Petenko… ugotujemy ci owsiankę?

Olga mieszkała u swojej przyjaciółki Irki przez sześć dni. Mieszkała na podłodze, z laptopem na stołku, jadła trzy posiłki dziennie i miała kocią sierść na każdej skarpetce.

Siódmego dnia zawołał Piotr.

„Rozmawiałem z nią” – głos był równie ospały, jak wczorajsza herbata. „Wygląda na to, że zgadza się zamieszkać z Denisem. Tam, mówi, zacznie z nimi mieszkać”.

„Z nimi – to znaczy z synową, której nigdy w życiu nie nazwała po imieniu? No, no.”

„No cóż, zaoferowałem pomoc. Przenieść meble, szafę. Denis wydaje się chętny…”

„Ale ja nie” – przerwała Olga. „Nie zgodzę się tam wrócić, dopóki nie zrozumiesz jednego: to nasze życie, a nie program dla mam”.

  • No cóż, staram się, Olu… Naprawdę jestem rozdarty między dwoma biegunami…

— Tylko papier płonie między pożarami, Pietia. Ludzie podejmują decyzje. Albo płoną.

Zamilkł. Na chwilę. Potem:

— Wrócisz?

  • Nie wiem.

Następnego dnia Olga wróciła do domu. Z kluczami, ciężkim sercem i determinacją.

Peter otworzył drzwi. Zmięty. Bosy. W koszulce z plamą po kawie.

„Cześć…” powiedział, jakby nie minął tydzień, jakby ona po prostu „wybiegła do sklepu”.

— Gdzie ona jest?

— W pokoju. Pakowanie walizki. Denis i Lena odbiorą ją na lunch.

  • I myślisz, że teraz wszystko jest w porządku?

Spojrzał w dół.

  • No cóż… przynajmniej będzie ciszej…

Olga weszła głębiej do mieszkania. W kuchni leżał jej ręcznik, starannie złożony, „jak teściowa”. Na lodówce stał słoik z napisem „papryka”, a nie jej pismem. W pokoju unosił się zapach czyichś perfum. Tych samych, ostrych, jak właścicielka.

Galina Wiktorowna stała w holu. Miała na sobie szlafrok, ale teraz miała nałożony makijaż. Jej walizka stała u jej stóp, niczym pies, którego drzwiczek nikt nie otworzył.

„No, cześć” – mruknęła.

„Do widzenia” – odpowiedziała spokojnie Olga.

„Jesteś taki… niegrzeczny. Czy to wszystko naprawdę dlatego, że zostałem u ciebie na tydzień?”

— Nie „przeżył”. Zdobył. Najechał. Zajął. Możesz wybrać słowo według własnego uznania.

„Jestem jego matką…” Galina uniosła brwi.

„A ja jestem żoną. I jak dotąd przegrywasz”. Olga podeszła bliżej. „Słuchaj, Galino Wiktorowno, jesteś mądrą kobietą. Przebiegłą. Uwielbiasz manipulować, grać ofiarę. To działało. Przede mną”.

Teściowa mrugnęła, ale milczała.

„Nie jestem twoją byłą synową, która płakała w łazience. Jestem typem, który wyważa drzwi, kiedy nie może oddychać. I nie zamierzam już dłużej przepraszać za moje prawo do spokojnego życia we własnym domu”.

„Patrz…” Galina zmrużyła oczy. „Walka. Pietia, słyszysz?”

Olga zwróciła się do męża.

„Słyszysz mnie? Teraz nie chodzi o mieszkanie. Chodzi o wszystko. Albo w końcu jesteś dorosłym mężczyzną, albo nadal jesteś synem, który tchórzy, gdy tylko mama podnosi głos”.

Stał tam. W milczeniu. Potem podszedł do teściowej i wziął walizkę.

  • Mamo, jedziemy. Zadzwoniłem po taksówkę.

„Tak… tak…” Galina Wiktorowna skinęła głową. „Oczywiście. To wszystko dla niej. Ożenił się, a potem jego mózg zniknął”.

„Nie. Po prostu się pojawili. Kiedy wszedłeś do domu bez pytania, zdałem sobie sprawę, kim naprawdę jesteś. I kim ja jestem, jeśli pozwolę ci tu zostać”.

Olga usiadła przy stole. Wyjęła jabłko. Zaczęła je obierać, jakby nic się nie stało.

Teściowa przeszła obok, jakby przegrała partię szachów. Bez komentarza. Bez sceny. Zerknęła tylko na drzwi i syknęła:

— Myślisz, że wygrałeś? Zobaczymy.

— Nie będziemy patrzeć. Nie będę patrzeć na twoje życie. Mam swoje.

Gdy drzwi zatrzasnęły się za nią, w mieszkaniu zapadła cisza.

Piotr podszedł do Olgi.

  • Przepraszam.

„To dopiero początek, Pietia” – powiedziała, nie patrząc na niego. „Potem są zasady. Jasne. I jeśli to się powtórzy – nawet jeśli ktoś spróbuje – odejdę. Bez łez. Bez histerii. Bez wyjaśnień. Ze swoimi sprawami i zasadami”.

Skinął głową.

I po raz pierwszy w życiu – nie ze współczuciem, nie ze strachem, ale jak mężczyzna. Pewny siebie.

Olga uśmiechnęła się. Krzywo. Ale gula, która przez cały ten czas tkwiła między jej sercem a gardłem, zniknęła z jej oczu.

Teściowa odeszła. A wraz z nią odeszły obce wpływy, strach, mgła.

Zostali sami. I teraz naprawdę byli sami.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *